Foch z przytupem, czyli o pracy nad sobą

 

2010

Zaproponował mi spacer. Lubiliśmy rozmawiać w drodze, dzielić się obserwacjami, tym, co dla nas ważne. Tym razem okazja była szczególna, spędzaliśmy razem cały dzień po długiej wzajemnej nieobecności. Idziemy ulicą, mijamy kolejne kamienice. Dobrze się rozmawia, z tęsknotą i radością ze spotkania w tle. Skręcamy w węższą drogę, która kończy się krzakami. Wchodzimy w nie, szukamy ścieżki. Jest tylko bardzo zarośnięta, więc przedzieramy się przez gęstwinę liści i gałęzi. Drze mi się spódnica. Zaczyna się błoto, bo przecież wczoraj padał deszcz. Ślizgam się na nim w pantofelkach, przecież randka to randka, ubrałam się ładnie. On już jest daleko z przodu, odkrywa nowe horyzonty. Ja walczę z każdym krokiem. W końcu upadam w sam środek brudnej kałuży. Już nie wyglądam ładnie, ręce mam w błocie, całe nogi upaprane. Twarz w niczym nie przypomina tej sprzed pół godziny. Złość i irytacja są widoczne gołym okiem, w tym charakterystycznym grymasie z kącikiem ust uniesionym w geście zniesmaczenia. On tego oczywiście nie widzi, bo zajął się oglądaniem motyli na łące. Łąka może i jest piękna, może i dzień jest cudowny. Tylko mnie już w tym pięknie nie ma. Ja już jestem w odległych od radości krainach zwanych foch, obrażenie się, zacięcie. Bo on mnie zostawił. Bo nie zadbał, bym się nie przewróciła. Bo chciałam ładnie wyglądać, a przypominam straszydło. Bo oczekiwałam przyjemnego, romantycznego spaceru, a skończyło się na ubłoconych chaszczach. Bo planowałam z nim poważnie porozmawiać, a on zajmuje się motylami.

No i szlag trafił ten dzień i kolejny. Po spacerze, po rozmowie, po perspektywie miłego wieczoru. Odwróciłam się na pięcie, w sercu zacięcie, dla niego najchętniej ścięcie.

 

2013

Piątek wieczorem, w każdym pokoju jest już ciemno. W biurze zostałam tylko ja i włączony komputer. Dostałam zadanie do zrobienia na już i wdrożenia przez weekend. Wolny weekend… Telefon dzwoni co chwila – na zmianę dzwoni mój brat i M. Obydwaj czekają, w planach mieliśmy wspólną kolację i wyjście do kina. Odpowiadam jak zacięta płyta: będę za chwilę. Za 10 minut kończę. Już wychodzę. Jeszcze momencik.

We mnie rozdarcie jak stąd do morza – zostać i pracować, czy postawić wyżej bliskie mi osoby? Mętlik w głowie i mętlik w emocjach. Złość na pracę, szefa, na siebie. Frustracja, że po raz kolejny nie odmówiłam. Lęk przed konsekwencjami obydwu rozwiązań. Wtedy mnie to sparaliżowało. Ten kocioł trwał, nie byłam w stanie nic zrobić, czas mijał.

Nagle M. puka do drzwi biura. Wiem, że mnie ochrzani, a może i postawi nasz związek na ostrzu noża. W pierwszej chwili nie otwieram, bo już jestem na niego zła, że zamiast mi pomóc, przychodzi z pretensjami. Boję się, że jest obrażony, a nie wiem, co z tym zrobić, bo dopiero się poznajemy. Dobija się tak, że uchylam klamkę.

On nie krzyczy, nic nie wyrzuca. Stoi i patrzy.

W mojej głowie tylko jedna myśl: NIE MOGĘ MU TEGO ZROBIĆ. Jedyne, czego nie mogę teraz zrobić, to się odwrócić i wyjść, to się obrazić. NIE MOGĘ MU TEGO ZROBIĆ.

 

Nie wiem, skąd się to wzięło. Ta myśl jest niesamowicie silna i uporczywa. Po raz pierwszy w życiu dociera do mnie wyraźnie, że obrażenie się i foch zamykają drogę do porozumienia. Że żaden człowiek nie zasługuje na to, by mu stawiać mur przed nosem. W jednej chwili pojmuję, że nie ma znaczenia, kto tu ma rację i jakie pretensje do siebie o tą sytuację rościmy. Ego cierpi i zwija się, bo chce udowodnić, że najbardziej pokrzywdzona jestem ja, nie M. Rozum już wie jak ważne jest dojście do porozumienia zamiast zamykania się od środka.

Wewnętrzna walka trwa i ciągnie się niewyobrażalnie. No bo co zrobić skoro obrazić się nie mogę? Jak zareagować, kiedy foch nie wchodzi w grę?

 

2016

Mówi się, że aby zmienić nawyk, trzeba około 21 lub 40 dni (zależy od źródła). Ja potrzebowałam prawie trzech lat, by zmienić nawyk myślowy „jak się obrażę, to pokażę, że ja mam rację, a ty się staraj o przebaczenie i domyśl się, o co mi tak naprawdę chodzi”. Jeszcze czasem się dąsam, ale trwa to tylko kilka sekund, nie dni. Praca nad sobą polegała na wracaniu do pytania: „RACJA CZY RELACJA”? Ono stawiało mnie do pionu w spornych kwestiach, w mniej lub bardziej błahych konfliktach, w obliczu niespełnionych oczekiwań. Nauczyłam się z tym pytaniem żyć. Dzisiaj, kiedy mam chęć na foch, biorę oddech, konfrontuję się, i szukam rozwiązania. Ustawiam lupę na to, co najlepszego możemy zrobić teraz dla naszej relacji, a nie na szukaniu winnego lub obrzucaniu się pretensjami. Z każdym dniem przychodzi to coraz łatwiej.

 

Ten wpis dedykuję Kacprowi, którego wyrozumiałości kiedyś nie pojmowałam. Dopiero teraz widzę, co mi pokazałeś: że można w związku nie walczyć o rację, a wybaczać.

 

na-bloga

2 komentarze

    • Dorota, 23 marca 2016, 09:27

    Odpowiedz

    Dziękuję za wpis ! Za szczere podzielenie się wydarzeniami z życia.
    Kiedys usłyszałam , że w życiu chodzi o relacje, a nie racje i tego się trzymam.
    Dziś Twoje słowa to potwierdziły, że to dobra droga.
    Dziękuję Monika za słowo, dobrego dnia.

      • Monika, 23 marca 2016, 15:29
      • Autor

      Odpowiedz

      Dziękuję. Ja myślę, że warto sprawdzać po owocach – i to najlepsza droga, żeby upewnić się, czy dobrze myślimy. U mnie owoce pójścia za tym, że relacja jest ważniejsza niż racja są dobre, dlatego ośmielam się o tym pisać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.