Krótka historia pewnej miłości, czyli dlaczego tak pokochałam rower

Za nami najdłuższy od lat, bo aż trzytygodniowy urlop. W połowie spędzony na dwóch kółkach, w słońcu, pocie i łzach, bo rower stał się nieodłączną częścią naszych wakacji i codzienności. Służy mi do przemieszczania się między domem, przedszkolem a praca i załatwieniami na mieście; a w zdecydowanie większym wymiarze do przemierzania świata. Przed Wami krótka historia pewnej miłości 🙂

Pierwszy rower i pierwsze porywy serca

Mam w pamięci przebłyski, jak mój tata prowadził mnie na rowerze trzymając kij wsadzony pod siodełko. Pewnie każdy z nas tak się uczył łapać równowagę 😉 Kiedy tylko zrozumiałam, o co chodzi z jazdą, gnałam na złamanie karku ze szczytu mojej ulicy krzycząc do sąsiadów: „z drogi śledzie, Styga jedzie!”. Pierwszy rower odziedziczyłam po przystojnym kuzynie. To był zielony Reksio, i naprawdę czułam się na nim jakbym dosiadła białego konia. Od tamtej pory Reksio, potem czerwony składak, po nim góral za pieniądze z Komunii, były moim jedynym i najlepszym źródłem lokomocji. Te dwa kółka były realnym wyrazem niezależności od rodziców, pozwalały odwiedzać wszystkie koleżanki i czasem nawet wyskoczyć do lasu na dłuższą przejażdżkę. W końcu na studiach mój ówczesny chłopak wyhaczył mnie mnie pięknego pomarańczowego KTMa. Nacieszyłam się nim całe dwa miesiące, bo Kraków okazał się być bezlitosny – rower szybko mi ukradli, a ja uprosiłam u D. nową zdobycz: zieloną strzałę, która jest ze mną do dziś.

mój KTM!

Pamiętna wyprawa do Słowenii (2014)

Kiedy poznałam M., już jako para zaprzyjaźniliśmy się z Alą i Szymonem. Na pewno to, że już wtedy wszędzie poruszaliśmy się rowerami miało duży wpływ na zacieśnienie się naszych więzi, ale najbardziej połączyła nas wspólna wyprawa do Słowenii. Szymon miał już za sobą przejechanie rowerem przez całą Europę, my raczkowaliśmy, a ja to chyba nawet nie pełzałam… Wtedy byłam hamulcowym w naszej grupie, co zostało mi wybaczone, bo dla wszystkich liczyła się przygoda. Nocowaliśmy w namiotach rozstawianych na dziko, jedliśmy pod supermarketami, gotowaliśmy kolacje na palniku turystycznym. Pokonując przewyższenia nawet 16-18 procentowe, uczyliśmy się, że rower to także okazja do pokonania słabości ciała i do tego, by je wzmocnić. Nigdy wcześniej nie miałam takich bicepsów! Dźwigaliśmy na bagażnikach cały dobytek – chyba właśnie to najbardziej lubię w wyprawach. Swój „dom” wieziesz ze sobą, masz tylko tyle, ile zdołasz upchnąć w sakwach, minimalizujesz ubrania, pierzesz spodenki szarym mydłem i suszysz je podczas jazdy. Pokochaliśmy smak takich wyjazdów, więc było jasne, jak spędzimy podróż poślubną 🙂

gdzieś po drodze do Słowenii

Czarnogóra i Adriatyk zdobyte (2016)

Na podróż poślubną czekaliśmy pół roku, by w sierpniu wyruszyć z Budapesztu nad Adriatyk na rowerach. Zauroczyła nas Serbia z jej dzikością, krajobrazami nietkniętymi przez człowieka, gościnnością i wielkimi górami. Pamiętam, że wtedy niemal codziennie robiliśmy blisko 100 kilometrów, nieraz z niedowierzaniem kręcę głową na wspomnienie szalonych kilkukilometrowych zjazdów na poziom morza i… równie długich podjazdów, kiedy trzeba było z powrotem wspiąć się na kilkaset metrów 😉 Rumienię się, gdy ze śmiechem opowiadamy historię „przyjdzie Bobo i cię zje”. Kiedy braliśmy prysznic w polu kukurydzy, oddaleni od drogi, i oczywiście całkiem nadzy, nagle na polnej ścieżce pojawił się samochód. Ależ zwiewaliśmy! On jak gdyby nigdy nic minął nas, wysiadł i wszedł w kukurydzę. Kiedy wrócił, my już ubrani zaczęliśmy go przepraszać, a pan o imieniu Bobo nie tylko pozwolił nam rozłożyć namiot na jego polu, ale i poczęstował wyhodowanymi przez siebie warzywami. To się nazywa serbska gościnność!

Czarnogóra, widok na Adriatyk

Greenvelo po raz pierwszy (2018)

Po urodzeniu Małej niecierpliwie czekałam na moment, gdy znowu wsiądę na rower. Tamta przejażdżka miała wymiar nie tylko fajnie spędzonego czasu i ruchu – to było jak odzyskanie siebie! Podobnie wyryły się w mojej pamięci pierwsze kilometry po narodzinach Małego. Poczucie wolności i niezależności, rzeka, ja i mój rower. Bez niemowlaczka, czyli prawie jak najlepsze wakacje… Już przy pierwszym dziecku kupiliśmy przyczepkę rowerową na dwójkę i bez wątpienia to była jedna z najlepszych inwestycji. Dwa tygodnie wakacji 2018 spędziliśmy we troje na Wschodniej Trasie Rowerowej Greenvelo. Wtedy przejechaliśmy odcinek z Rzeszowa, przez Leżajsk, Biłgoraj do Zamościa, wracając przez Przemyśl i w Domaradzu odbijając z trasy w stronę Nowego Sącza (800km). Kawał świata! Mała była zachwycona, nie nudziła się w przyczepce, wręcz przeciwnie: z radością odkrywała kolejne mijane bociany, krowy i kury, korzystała z przerw biegając po trawie i przejrzała mnóstwo książeczek po drodze. My zaś przekonaliśmy się, że nadal mamy kondycję, nadal chce nam się odkrywać świat i że mieszkamy w przepięknym kraju. Rower pozwala nam zwiedzać z odpowiednią prędkością – nie tak wolno jak pieszo, ale jednocześnie nie tak szybko jak samochodem i wszystko zdążysz dokładnie zobaczyć.

Greenvelo 2018, kładka nad Sanem

Greenvelo po raz drugi (2020)

W tym roku wybraliśmy się już we czwórkę – M. z namiotem na bagażniku i dziećmi w przyczepce, ja z całym dobytkiem w trzech sakwach. Nasi przyjaciele nadal nie wierzą, że naprawdę zmieściliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy dla całej rodziny 🙂 W tydzień przejechaliśmy 500 km z Krasnegostawu do Białegostoku. Zachwyciliśmy się Podlasiem, Białowieskim Parkiem Narodowym z jego nieprzejednaną ciszą i gęstwiną, drewnianymi wioskami nad Bugiem, gdzie czas się zatrzymał jakieś 60 lat temu. Przemierzaliśmy niekończące się łany zbóż przy wschodniej granicy, spaliśmy w namiocie zaraz nad Bugiem, machając do białoruskich lasów na drugim brzegu. Zobaczyliśmy całe mnóstwo bocianów, nawet dwa razy przyłapaliśmy ich na polowaniu! Dla dzieciaków atrakcją była każda przerwa i każdy kilometr – Mały tak polubił przyczepkę, że on pierwszy dawał sygnał do odjazdu po prostu do niej wsiadając i krzycząc „aaA!”. To był też czas zachłyśnięcia się przyrodą, zielenią, szumem wiatru w uszach i byciem tak bardzo razem i tak bardzo na łonie natury (24h/dobę: w dzień na rowerach, w nocy w namiocie). Śmiem twierdzić, że rower i takie wakacje to najwspanialsza forma odpoczynku dla naszej rodziny 🙂

Greenvelo 2020

 

Mała (3 l.) już od roku śmiga na rowerku biegowym i pewnie w kolejne wakacje przesiądzie się na zwykły. Kto wie, czy zdołamy na trzy rowery pokonać kolejny odcinek Greenvelo? Przed nami Suwałki i północne Mazury, trzymajcie kciuki!

2 komentarze

    • Marzena, 10 grudnia 2020, 16:43

    Odpowiedz

    Cudowna historia:) Czytałam z zapartym tchem, wyobrażając sobie siebie na tych wyprawach:D
    Inspiracja na maksa! Też uwielbiam rower i zazdroszczę każdego przejechanego kilometra, szczególnie w tak dużym gronie;)

      • Monika, 16 grudnia 2020, 12:40
      • Autor

      Odpowiedz

      Dziękuję Marzena! Kiedyś wybierzesz się z nami i na pewno też złapiesz zajawkę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.