O poznawaniu naprawdę i serbskich fajerwerkach – trzy migawki z podróży

Nasza rowerowa podróż poślubna miała dwa cele: dotrzeć na Guca Festival, czyli największe wydarzenie muzyczne bałkańskiej, trąbkowej muzyki ludowej; a potem wykąpać się w Adriatyku. Na koncerty jechaliśmy pełne pięć dni z małym hakiem przez Węgry i Serbię. Nasz środek transportu wymagał wybierania mniej zatłoczonych dróg, mniejszych miast i wiosek, tras rzadziej uczęszczanych przez samochody. Dzięki temu poznawaliśmy kraj naprawdę i od środka.

Migawka pierwsza: pole kukurydzy

Nasz pierwszy nocleg w Serbii wypadł między polami kukurydzy, w odległości ponad kilometra od głównej drogi i domów. Rozstawiliśmy namiot i szykowaliśmy kolację. Było spokojnie, cicho i bezproblemowo. Nagle polną drogą przejechał golf, z którego wysiadł obcy mężczyzna i wszedł w kukurydzę. Po chwili przyniósł nam koszyk z wyhodowanymi przez siebie pomidorami. Okazało się, że to właściciel pola, za kukurydzą ma schowane grządki, a zbierał warzywa do kolacji. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę, umówiliśmy się na spotkanie na Festiwalu i otrzymaliśmy oficjalne pozwolenie, że możemy na tym polu kukurydzy spać bez problemów 🙂

Migawka druga: śliwki

W kolejnych dniach przemierzaliśmy w upale górzyste wioski serbskie. Po wspięciu się na jedno z przewyższeń zobaczyli nas sadownicy zbierający śliwki ze swoich drzew. Zatrzymali nas i podzielili się tym, co mieli: dostaliśmy za darmo dwa kilo pysznych, zdrowych węgierek i życzenia „Srecan put!”, czyli „Dobrej drogi”. Przy okazji cieszyli się z naszego małżeństwa i sami z dumą pokazywali na swoje obrączki.

Migawka trzecia: szkoła

Jednego wieczoru mój rower się zbuntował: pękła obręcz tylnego koła, uszkadzając przy okazji dętkę. Przed nami była wizja prowadzenia rowerów przez kolejne 30 kilometrów, aż do najbliższego miasta, w którym istniała minimalna szansa na wymianę części w serwisie. Dotarliśmy piechotą do maleńkiej wioski (kilka domów, szkoła dla całego okręgu i sklep), gdzie zobaczył nas pewien pan. Zawołał swoich kolegów, rozkręcili mój rower, tymczasowo naprawiając usterkę. Przy okazji przewiercili koło, by móc założyć nową dętkę z innym niż wcześniej wentylem. Cała operacja trwała ponad godzinę, zrobiło się ciemno, a gdy panowie usłyszeli, że szukamy miejsca na rozbicie namiotu, otworzyli nam szkołę i zaproponowali nocleg na glebie w jednej z sal. Weszliśmy do jadalni, w której był wielki napis: „Polska – Serbia old friends” i tabliczka z informacją, że budowa kuchni w tym miejscu została dofinansowana przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych! Kolacja w tamtym miejscu smakowała wybornie, a ja na zepsutym kole przejechałam 80 km, zanim znaleźliśmy jakikolwiek serwis rowerowy.

Fajerwerki a poznawanie naprawdę

Kiedy dotarliśmy na Festiwal, zobaczyliśmy wielki serbski Woodstock. Wioska była zamknięta dla samochodów, wszędzie pełno namiotów, ludzi, policji pilnującej porządku. Główne ulice zamieniły się w targowisko rzeczy wszelakich: od ubrań, przez pamiątki, po noże i drewniane przybory kuchenne. W wielu miejscach sprzedawano flagi serbskie i koszulki z wizerunkiem Putina lub nacjonalistycznymi hasłami. W każdej knajpie grała inna orkiestra trąbkowa, a pomiędzy nimi piekła się jagnięcina i pljeskawice, czyli serbskie kebaby z mielonej wołowiny. Przytłoczyła nas kakofonia dźwięków i wszechobecny zapach grilla wymieszanego z piwem. Było głośno, gwarno, wieczorem trochę niebezpiecznie. Na finałowy koncert trąbkowy wybrała się połowa obecnych w Gucy turystów.

M. patrząc na ten obraz, tak inny od naszych dotychczasowych przygód, powiedział:

Wiesz, dla tych, którzy przyjeżdżają tylko na Guca Festival, może się wydawać, że to jest prawdziwa Serbia. Dobrze, że jechaliśmy tu rowerem i poznawaliśmy ten kraj od środka. Przecież wcale nie jest pełen nacjonalistów, rozkrzyczanych ludzi, nie pije się tu piwa na każdym kroku…

Czasami, gdy poznaję nową osobę, próbuję zrobić dobre wrażenie. Przygotowuję scenariusz spotkania, wymyślam ciekawe miejsce, tematy do rozmowy. Ubieram się w takie piórka jak Guca: chcę być bardziej interesująca, kolorowa, widoczna, warta czyjejś uwagi. A jednak bardziej w Serbii zachwyciło nas niezwykłe zaangażowanie i dobroć ludzi. Zwyczajne – niezwyczajne spotkania, dzielenie się prostymi rzeczami, życzliwe przyjęcie nas, pomoc w trudnościach. Tak samo jak w relacjach z przyjaciółmi, gdzie nie da się zbyt długo udawać kolorów, bo ważniejsze jest, czy możemy na siebie liczyć w codzienności.

W poznawaniu naprawdę nie chodzi przecież o to, by były fajerwerki, a raczej o odwagę do bycia sobą: zwyczajnym, prostym, normalnym. Guca Festiwal to tylko sześć dni w roku, nie dajcie się zwieść!

 

na-bloga

2 komentarze

    • Miśka, 5 września 2016, 09:59

    Odpowiedz

    Super wyprawa i wspaniałe migawki! 🙂

      • Monika, 6 września 2016, 03:01
      • Autor

      Odpowiedz

      Dziękujemy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.