Nie jestem oszustem – wpis gościnny Very

Witajcie, z tej strony Vera 🙂 Na przemiłe zaproszenie Moniki (dziękuję!) w poniższej historii rozwijam myśl z komentarza do sylwestrowego wpisu: „Jak tam żyjesz?” Mój 2017 rok w pięciu słowach. Jednym z moich “5 słów” była Prawda – czyli dojrzewanie do myśli, że „Nie jestem oszustem”. Pozwólcie, że w ramach wstępu, cofnę się o parę lat…

“Najważniejsze jest pierwsze wrażenie” – czyli oszust pomocny

Jako dziecko lubiłam swój “tryb koncertowy”. Wypracowałam go w szkole muzycznej, w której egzaminy mieliśmy dwa razy w roku. Oprócz tego koncerty, konkursy, audycje… Wszystko to było bardzo stresujące, a wielotygodniowe ćwiczenia mogły wziąć w łeb, jeżeli na scenie sparaliżował Cię strach. Byłam więc dumna z tego, że potrafię na zawołanie przywołać uśmiech, wyprostować się i emanować pewnością siebie. Działało to na publiczność, działało na mnie. Wytwarzałam sobie taki “mini-pancerzyk”, który osłaniał mnie przed strachem i pomagał osiągnąć sukces.

Przez szkoły przefrunęłam jako “dobra uczennica” i “zdolna studentka”. Potrafiłam wyrobić sobie taką opinię i korzystać z niej później, kiedy czegoś nie umiałam (moja przyjaciółka do dziś wspomina, jak odpowiadałam z historii, kręcąc włosy na palcu…). W pracy tryb koncertowy był doceniany przez szefa. Wysyłał mnie na inauguracje projektów, prezentacje, pozyskiwanie kontaktów. Do czasu, kiedy wyzwania mnie przerosły i…

Trach!

Mój pancerz się rozpadł i odsłonił delikatną, podatną na zranienia materię. Każda krytyka wbijała w ziemię, każda pochwała niezdrowo do siebie przyciągała. Mój stan psychiczny był tak bardzo zależny od czyjegoś słowa…

W kolejnych latach odbudowałam swoją “fasadę” kompetencji, pewności siebie, przebojowości. Ale oprócz wspaniałych epizodów, w których czułam się twórczą, radosną sobą (jak stypendium w Kalifornii czy niektóre szkolenia), wewnątrz dojrzewał rozdźwięk między tym, co pokazywałam ludziom, a co sama myślałam o sobie. Czy treść mojej pracy potrafi dorównać formie? W pewnym momencie miałam dość sukcesów, byłam zła na ideę “Fake it till you make it”. Chciałam ciszy i spokoju, by przekonać samą siebie, czy coś potrafię, czy “muszę” grać. Rok później zmieniłam pracę.

“Co za mało to nie zdrowo” – czyli krypto-oszust

W nowym miejscu przyjęłam inną strategię. Nie rozbudzać nadziei, nie chwalić się, pracować nawet poniżej swoich możliwości, nie “windować” oczekiwań. Robić swoje po cichu i może kiedyś… zabłysnąć. Ale kiedy faktycznie wymyśliłam coś ciekawego, szef był tak zaskoczony, że… to wcale nie było mile! “Jak na to wpadłaś?” dziwił się. A przecież ja… nie jestem wcale taka głupia…

Pewnego dnia uzupełniając profil na LinkedIn… uwierzyłam w swoje doświadczenie. Przedziwne uczucie. Nagle dotarło do mnie, że przecież moje osiągnięcia da się sprawdzić i policzyć. Pracowałam w konkretnych miejscach, zrealizowałam konkretne projekty, wyniosłam z nich wiedzę, umiejętności. Nie jestem oszustem. Nie muszę udawać głupszej, żeby kogoś nie urazić, albo żeby uniknąć późniejszych rozczarowań. Nie muszę udawać mądrzejszej, żeby z kimś pracować albo zrobić na nim wrażenie. Nie muszę się bać, że będę “za słaba” albo “za dobra” i wzbudzę niechęć!

Nie jestem oszustem!

To takie proste – więc dlaczego było takie trudne? Jestem ogromnie wdzięczna za ten czas, kiedy bardziej dbałam o naukę niż o opinię, i za ludzi, którzy dali mi przestrzeń pełną zaufania zamiast kontroli. Nie zawsze było łatwo, musiałam nauczyć się cierpliwości, czekania na efekty żmudnej pracy. Ale teraz odnoszenie małych i większych sukcesów budzi we mnie radość, a nie zażenowanie. Pracując z młodszą koleżanką, widzę, że potrafię się dzielić wiedzą, inspirować, wspierać. Nie boję się już, że ktoś powie, że jestem “taka mądra” albo “taka głupia”. Nie jestem oszustem.  Jestem dokładnie taka dobra jaka jestem, po prostu. I mogę być lepsza.

Ja, czyli kto? – czy warto być sobą?

Od początku 2018 roku czuję zaproszenie, ponawiane na różne sposoby i w przeróżnych sytuacjach, do tego aby żyć w świecie, będąc bardziej Sobą. Nie chować się ani za fałszywą skromnością, ani za fasadą bycia dobrą we wszystkim. Tylko… co to właściwie znaczy być mną? I co, jeżeli prawdziwa ja nie jest taka fajna?

Myślę, że tamten rok z tym nawracającym “Nie jestem oszustem” przygotował mnie na ten, w którym to oszustwo odrzucam. Nie chcę już budować pancerza. Z jednej strony aktywnie odkrywam swoje talenty i przyglądam się słabościom, które teraz kłują jakby bardziej niż wcześniej. Z drugiej ze zdumieniem przyjmuję kolejne “prezenty”: znajomości odnowione po latach, recenzje pracy prawdziwe do bólu, rozmowy, kazania, doświadczenia. Poznaję siebie i… nie uciekam.

I ciągną się za mną stare-nowe lęki: a to że jestem nudna, a to za głupia, niecierpliwa, słaba… Są dni, gdy nie widzę w sobie niczego zachwycającego – i źle mi z tym, i walczę ze swoją pychą. Następnego dnia proszę o światło i nagle widzę, o co zadbać i jaka chcę być. Potykam się, wątpię, śmieję się i płaczę. Czuję się bardzo dyskretnie prowadzona; kiedy tylko coś zrozumiem, dostaję kolejne wskazówki, nowy trop. Uczę się cierpliwości do siebie i nie dramatyzowania, kiedy robię coś nie tak, jakbym chciała.

Podoba mi się ta droga, wybieram ją więc i idę nią dalej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.